DEVILISH IMPRESSIONS
"Diabolicanos: Act III Armageddon "
Rodzimy DEVILISH IMPRESSIONS atakuje ze swoim drugim wydawnictwem o tytule "Diabolicanos - Act III: Armageddon". Wprawdzie płyta ujrzy światło dzienne dopiero w styczniu za sprawą Conquer Records, ale ja już mam tę przyjemność obcowania z jej zawartością. I o ile poprzednia, "Plurima Mortis Imago" nastręczała mi pewnych trudności w jej strawieniu, o tyle najnowsze dzieło Quazarre'a i spółki to już nie są przelewki, a kawał naprawdę zajebistej muzy.
Na "Plurima Mortis Imago" zespół jasno określił swój kierunek. Tworząc niekonwencjonalne rozwiązania muzyczne został określony jako Awangardowy Black/Death z dużą dozą symfoniki. "Diabolicanos" to w jakimś sensie kontynuacja poprzedniego albumu, z tym że o niebo lepiej jest tu wszystko zagrane. Poczynając na brzmieniu a na konstrukcji poszczególnych utworów kończąc. Kompozycje są bardziej zwarte, przez co pewien rodzaj chaotyczności znany z "Plurima Mortis Imago" ustąpił miejsca dojrzałym aranżacyjnie pomysłom, które tym razem zostały skrzętnie do siebie dopasowane. Gitary w stosunku do poprzedniej produkcji są o wiele bardziej agresywne i brzmią tym razem dużo ciężej, raz za razem przechodząc w ciekawe solówki. Zrezygnowano z nadmiernej ilości połamanych riffów, co uczyniło muzykę DEVILISH IMPRESSIONS dużo bardziej spójną i łatwiejszą w odbiorze. Nie zrezygnowano natomiast ze zmian tempa, które wciąż są jedną z wizytówek twórczości zespołu, jednakże nie są one już tak niespodziewane i pokręcone jak to miało miejsce na "Plurima Mortis Imago". Klawisze też w odpowiedni sposób dawkowane, doskonale podkreślają piekielny klimat, jaki unosi się nad tą produkcją. Szczególnie gdy te symfoniczne fragmenty spotykają się z czystymi wokalizami Quazarre'a. Efekt jest naprawdę piorunujący. Całość opakowana w bardzo dobre brzmienie, ciężkie a przy tym selektywne.
Nie ma się za bardzo do czego przyczepić na "Diabolicanos". Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach, masa ciekawych nieszablonowych pomysłów i doskonałe umiejętności techniczne muzyków sprawiają, że nie ma tu mowy o jakimkolwiek zmęczeniu czy nudzie. Płyta od początku do końca zaskakuje i trzyma równy, wysoki poziom. I oby więcej takich wydawnictw w nadchodzącym, 2008 roku.
Ensifer